Strona 1 z 1

Polska zdziwologia stosowana

: środa, 11 kwietnia 2007, 07:09
autor: Mirek
Pozwole sobie wkleić artykuł z Życia Warszawy -wart przemyslenia.
To takie polskie: śmiejemy się z gaf amerykańskiego prezydenta, a sami pozwalamy decydować o naszych sprawach ludziom, którzy nie mają podstawowej wiedzy o świecie.

A później przez cztery lata dziwimy się, jak to możliwe, że w Polsce wciąż dyskutuje się nad rzeczami oczywistymi, które gdzie indziej nie budzą kontrowersji. Dziwimy się, że marni urzędnicy bez wykształcenia nie potrafią dobrze wydać pieniędzy z naszych podatków.
Roman Giertych, który swego czasu reaktywował znaną z agresywnych wybryków Młodzież Wszechpolską, ma obsesję na punkcie gejów i realizuje ją za nasze pieniądze. Dziwimy się, że minister Orzechowski chce zmusić kobiety do tego, by – jeśli okaże się, że poród może być dla nich zagrożeniem życia – dobrowolnie i z uśmiechem na ustach cierpiały męki, a potem umierały. Nie możemy wyjść z podziwu, że populiści na prawo i lewo rozrzucają ciężko zarobione pieniądze z naszych podatków, i wreszcie, że PiS pod szyldem „zero tolerancji dla przestępców” zawarło rządową koalicję z przestępcą Andrzejem Lepperem.
Zdziwienie wydaje się być naszą cechą narodową, nawet bardziej niż wyuczona bezradność i niechęć do brania odpowiedzialności za własne czyny. W kółko nabieramy się na te same od lat gierki tych samych polityków, a później wszystkich oprócz siebie winimy za to, że znowu nie wyszło. Tymczasem stare i słuszne powiedzenie mówi, że jeśli ktoś oszuka cię raz, powinien się wstydzić, lecz jeśli oszuka cię dwa razy, to ty powinieneś palić się ze wstydu.

Polska była wzorem demokracji

Mieszkająca na stałe w Londynie znajoma, która niedawno mnie odwiedziła, powiedziała, że po powrocie do Polski i włączeniu TVN24 przeżyła szok. Nie mogło jej się pomieścić w głowie, że w najpopularniejszej telewizyjnej stacji informacyjnej od rana do wieczora stada publicystów, socjologów i najważniejszych w państwie polityków zupełnie na serio zastanawiają się nad tym, czy kobietę można zmuszać do urodzenia dziecka z gwałtu, czy karać dorosłego faceta za to, że ma w domu gazetę z gołą babą.

Podobnie zdziwiona była kilkanaście lat temu, gdy po raz pierwszy przyjechała do Anglii i zobaczyła na ulicach egzotyczny tłum. Polce przybyłej z kraju, w którym ponad 90 proc. współziomków to heteroseksualni biali katolicy, nie mieścił się w głowie ten londyński świat w pigułce i współistnienie ze sobą wielu kultur, ras i narodowości.
Kiedy z nią rozmawiałam, pomyślałam, że w gruncie rzeczy jesteśmy takim właśnie narodem: ludzi wiecznie zdziwionych tym, że może być – i gdzie indziej po prostu jest – normalnie. Że Hindus i gej to też obywatel, że psim obowiązkiem urzędnika jest uprzejmość, że nie każdy musi chodzić do kościoła i być przeciwny aborcji, że ludzie mający inne poglądy mogą ze sobą dyskutować, nie wyzywając się nawzajem od psychicznie chorych.
I dopiero kiedy, tak jak moja znajoma, człowiek się już do tej normalności przyzwyczai, po powrocie do kraju przeżywa szok. Jak to możliwe, myśli, że w starej dobrej Polsce mimo upływu lat nic się nie zmieniło, że wielu ministrów to ludzie niekompetentni, a zdarza się, że i z kryminalną przeszłością? Jak to możliwe, że czyny i słowa, które w innych krajach wzbudziłyby oburzenie i zakończyły z hukiem czyjąś polityczną karierę, u nas są traktowane jak folklor i wciąż uchodzą na sucho? Przed II wojną światową Polska należała przecież do pionierów w zakresie liberalizacji prawa i poszerzania swobód obywatelskich. Jako jeden z pierwszych krajów europejskich w latach 30. znieśliśmy karalność homoseksualizmu, a w porównaniu do Ameryki, w której zamykano w więzieniach nauczycieli uczących teorii Darwina, mogliśmy uchodzić za wzór demokracji.

Lepszy dureń niż złodziej

Nawet feministki zapominają często o tym, że już w 1919 roku Polki miały prawa wyborcze, a w konstytucji zapisano bardzo liberalną zasadę odpowiedzialności państwa za szkodę wyrządzoną obywatelowi. Oczywiście najprostszym wytłumaczeniem faktu, że z przedwojennego narodu świadomych obywateli staliśmy się w większości populistycznymi wyborcami, jest komunizm, ja jednak myślę, że to tłumaczenie, prawdziwe z pewnością zaraz po okrągłym stole, dziś, niemal 20 lat po transformacji ustrojowej, jest już tylko wygodną wymówką. W Polsce są już elity intelektualne, są świetnie wykształceni młodzi fachowcy, przedsiębiorcy i pracownicy naukowi, odradza się klasa średnia.

Tak naprawdę chodzi o to, że bycie durniem wciąż uchodzi w Polsce za najlepszą rekomendację do rządzenia krajem. Lepszy dureń niż złodziej – myśli chytrze wielu rodaków i ochoczo powierza własne portfele, zdrowie, edukację swoich dzieci, drogi i instytucje państwowe osobnikom, których we własnym domu nie zatrudniliby nawet do sprzątania. Socjologowie przeprowadzili kiedyś badanie, z którego wynikało, że w najbardziej dojrzałych demokracjach jest zazwyczaj dość niska frekwencja wyborcza, a mimo to posłami i senatorami w większości zostają tam ludzie o bogatym dorobku zawodowym, kompetentni i dobrze wykształceni, o wysokim poziomie kultury nie wspominając. Przykładem są Amerykanie, którzy choć w większości nie najlepiej wykształceni, a już z pewnością niezbyt oczytani, mają dość rozumu, by sprawy publiczne, od których zależy jakość ich życia, powierzyć osobom od siebie mądrzejszym. Niska frekwencja wynika zaś z faktu, że do wyborów chce się maszerować tylko najbardziej zainteresowanym sprawami kraju, a więc i świadomym obywatelom. Ciemniaków, którzy nie odróżniają podatku od mandatu, oraz meneli nikt do głosowania nie zachęca i nikomu nie przyjdzie do głowy rozdzierać szat, z powodu ich nieobecności w lokalach wyborczych. W demokracjach słabo rozwiniętych, takich jak Polska, jest odwrotnie: wokół frekwencji wyborczej media i politycy rozpętują narodową histerię. Efekt? Do urn lecą nawet osobniki nie mające zielonego pojęcia o tym, co się dzieje w kraju, albo pijaczki, których głos można kupić za 20 złotych czy flaszkę.

Panowie i pokorne sługi

Przeciętny obywatel Unii Europejskiej wydaje się zdawać sobie sprawę z tego, jaką władzę ma nad każdym politykiem, czuje, że polityk jest jego płatnym sługą. Arogancja i chamstwo, publiczne wyzywanie od wykształciuchów i zomowców, straszenie wzięciem w kamasze i mówienie obywatelom, którzy nie popierają partii premiera, że nie są patriotami, tam by nie przeszło. Normalny obywatel ciężko by się za coś takiego obraził, napisał kupę listów i e-maili z protestami, wytoczył mnóstwo procesów sądowych, podjudził pozarządowe obywatelskie i dziennikarskie stowarzyszenia do potępienia takiej postawy, a na końcu w czasie wyborów ostentacyjnie zagłosował przeciw. Mało tego, po jakimkolwiek niedopuszczalnym wybryku jednego z członków swojej partii brytyjski, szwedzki czy niemiecki premier natychmiast wywaliłby go na zbity pysk, nie chcąc ryzykować, że przez niechęć ludzi do jednej czarnej owcy spadnie poparcie dla całego ugrupowania czy rządu.

Za to, że w Polsce jest inaczej, winę ponoszą, wbrew pozorom, nie politycy, tylko obywatele i część mediów. To my traktujemy polityków nie jak nasze sługi czy też, jak kto woli, wynajętych na cztery lata urzędników, którym płacimy za zarządzanie własną firmą, ale jak naszych panów. Boimy się im sprzeciwiać z obawy, żeby jakiś urząd czy państwowa instytucja nie uwzięły się na nas w odwecie za nasz protest. Strach jest oczywiście uzasadniony, ale ile może zdziałać jego pokonanie, pokazał choćby przykład Romana Kluski.
Polityki nie traktujemy jak biznesu (inwestuję w człowieka polityka, żeby po czterech latach jego dobrych rządów zebrać profity w postaci obniżonych podatków, sprawniej działającej policji i sądów, zreformowanej edukacji i służby zdrowia), ale jak kapryśny związek miłosny. W swoich wyborach kierujemy się doraźnymi emocjami: Lepper obraził kobiety, Giertych jest niekompetentny, Kaczyński wyzywa przeciwników politycznych... Co z tego? Nasze oburzenie, tak jak oburzenie kobiety na kochanka, trwa kilka dni, po czym, tak jak ona, nabieramy się na piękny bukiet kwiatów w postaci demagogicznych obietnic politycznych cwaniaczków.

Rządy Jarosława Kaczyńskiego wbrew pozorom nie wyróżniają się niczym szczególnym. Z powodzeniem mogłyby zostać zapisane jako kolejny rozdział w książce pod tytułem „Polska zdziwologia stosowana po 1989 roku”. Sądząc po wynikach badań opinii społecznej, Polacy od kilkunastu lat wydają się bowiem niebywale zdziwieni faktem, że każdy kolejny gabinet, z obecnym na czele, nie spełnia wyborczych obietnic. Byliśmy zszokowani koalicją z Samoobroną i LPR i publicznymi umizgami do Radia Maryja, zdziwieni inicjatywą, by Jezusa Chrystusa obwołać królem Polski, pogardą okazaną przez najwyższe władze państwowe prof. Bartoszewskiemu czy kuriozalną postawą posła Zawiszy w czasie szefowania bankowej komisji śledczej. Gdybyśmy jednak energię potrzebną do narzekania na kolejnych „złodziei”, którym sami daliśmy władzę, poświęcili wcześniej na analizę nie tyle programów wyborczych, co życiorysów i kompetencji liderów poszczególnych ugrupowań, a także przyswojeniu elementarnej wiedzy, że nie tylko w matematyce dwa plus dwa zawsze równa się cztery, nasze zdziwienie byłoby dużo, dużo mniejsze.

: środa, 11 kwietnia 2007, 18:34
autor: Qazar
normalnie jestem zdziwiony Obrazek

: poniedziałek, 23 kwietnia 2007, 17:06
autor: elveez
Obrazek

how we see the world

: poniedziałek, 23 kwietnia 2007, 19:09
autor: chlopak_z_ustki
dobre :lol: :lol: :lol:

: poniedziałek, 23 kwietnia 2007, 20:04
autor: Oleko
dobry i artykuł i rysunek:0 czasem jest warto zastanowić się nad nami